Tym razem o liczbach

Tesserakt
Daję sobie chwilowo spokój gdy chodzi o czwarty wymiar (do problemu wymiarów jeszcze zapewne wrócę) i przechodzę do rudymentów. Matematyka – to po dawnemu nauka “o liczbach i figurach”. Więc będzie o liczbach. Czy znają państwo słowo kwaternion? Założę się, że nie; a to coś w rodzaju liczby właśnie; ściślej, najdalej idące uogólnienie pojęcia liczby, jakie może istnieć. Mówi coś o tym słynne twierdzenie Frobeniusa; słynne przede wszystkim z tego, że jest tak potwornie trudne, że nie uczy się jego dowodu nawet studentów… matematyki. Ale nie o nim jest w dzisiejszej gawędzie mowa, lecz o fascynacji pojęciem liczby Bertranda Russella.
A na animacji obok obracający się tesserakt (czyli taki czterowymiarowy odpowiednik sześcianu); oczywiście w rzucie na płaszczyznę, pośrednio przez zwykłą przestrzeń). Lubię tę figurę. Cholernie uruchamia wyobraźnię…
Ich Bin Ein Berliner! – chciałoby się powtórzyć za Johnem F. Kennedym po opublikowaniu
Właściwiej pewno byłoby odpowiedzieć komentatorowi, podpisującemu się “Milosti“, na jego wpis bezpośrednio w dyskusji. Poruszony temat wydaje mi się jednak wart rozważania w lepszym miejscu; nie dlatego, by dyskutować o meritum, ale dlatego, że sprawa stanowi doskonały pretekst do pokazania pewnych subtelności matematycznych i wyjaśnienia istoty naukowego podejścia do dowolnej sprawy. Pisze otóż “Milosti” tak: Jeśli uważa pan, że stwierdzenie “bóg istnieje” jest hipotezą naukową, to proszę o podanie warunków jej obalenia. Jeśli nie jest takim zdaniem, to podpieranie się argumentami naukowymi w dyskusji nt. istnienia boga jest bezsensowne.
W związku z tragicznym pożaarem w Kamieniu Pomorskim Pan Prezydent ogłosił był trzydniową żałobę narodową – poczynając od godziny 0.00 we wtorek, czyli dzisiaj. Ale Telewizja Publiczna zmieniła już wczorajszy program wieczorny; co do intencji, oczywiście słusznie – skoro bowiem coś zarządzono oficjalnie, to należy się do tego zastosować; choćby samo zarządzenie budziło jakieś wątpliwości (dziś w jakiejś dyskusji radiowej słyszałem np. uwagę, że w tym samym dniu zginęło na drogach w wypadkach niemal dwa razy tyle ludzi i nikt z tego powodu flagi do pół masztu nie opuszczał…). Ale, jak mówią żołnierze, rozkaz nie gazeta, do czytania nie służy. No więc intencję szefostwa TVP rozumiem; wykonanie jednak – przepraszam najmocniej, okazja jest wprawdzie smutna i poważna, ale owo wykonanie mnie rozbawiło. Oto bowiem sensacyjny film klasy B lub C z niejakim Stevenem Seagalem, w którym trup ściele się gęsto, huk zaś łamanych przez bohatera szczęk zagłusza oprawę muzyczną, zastąpiono filmem klasy niewątpliwie wyższej, z aktorem niepomiernie lepszym, tj. Robertem Redfordem. Tyle, że jest to… także film sensacyjny, mianowicie “Trzy dni Kondora”.
Zdarzyło mi się coś w dzisiejszej rzeczywistości dość niezwykłego i sympatycznego; a także – uprzedzę wydarzenia – krzepiącego. Muszę wam o tym opowiedzieć. Wracałem otóż do domu wczesnowieczornym kursem autobusu 116, do którego przed Uniwersytetem wsiadły dwie panny; w tłoku ustawiły się akurat nade mną. Obie wyglądały miło – z tym, że jedna była skończoną absolutną pięknością. Drobna, delikatna, z pięknymi rasowymi rękami o kształtnych długich palcach; oko duże, wyraziste, piękne. Cudowne naturalne ciemnoblond włosy. Szczuplutka sportowa sylwetka, bardzo w typie Audrey Hepburn i nic z Dody, jeśli rozumiecie co mam na myśli. Skromniutko – wręcz ubogo – ubrana, żadnej biżuterii, żadnej agresji wizualnej. Słowem – sam wdzięk i bezpretensjonalność. Założyłbym się, że pochodzi z rodziny, w której od paru pokoleń zawsze ktoś miał doktorat.
Myślę, że te uwagi wpienią wiele osób (nie wykluczam, że włącznie z głównym bohaterem, o czym niżej – emocje w końcu grają…), ale trzeba chyba na problemy byłego prezydenta spojrzeć trochę inaczej, niż robią to jego adwersarze czy przyjaciele; włącznie z nim samym. Otóż nie ulega wątpliwości, że od pewnego czasu trwa dzika nagonka na LW; mówiąc prawdę, motywowana chyba tylko zapiekłymi osobistym pretensjami i mściwą nienawiścią Braci Bardzo Małych, bowiem LW dzisiaj nikomu nijak nie zagraża, ani żadnej roli politycznej – w sensie zajmowania ważnych stanowisk państwowych – już nie odegra. Ostatni numer z tzw. magisterium pewnego gówniarza z Krakówka, niejakiego Z. , przeszedł – to oczywiste – wszelkie granice dobrego smaku i przyzwoitości. W sumie rozumiem, że Lech W. się wnerwił i ryknął; ale czy musiał i czy powinien?


Komentarze