W sprawie lewicy

26 05 2008

Źle się dzieje po lewej stronie sceny politycznej; nie ulega to wątpliwości. Sondaże pikują, ugrupowanie zwane lewicą się podzieliło, różne lewicowe ugrupowania patrzą na się wilkiem, wyrazistego lidera brak… Słowem, coś w rodzaju katastrofy. W każdym razie tak to przedstawiają media. No i, niestety, mają trochę racji.

Moim skromnym zdaniem istota sprawy polega jednak na tym, że… każdy ma inną definicję lewicy (co, powiedzmy sobie szczerze, jest sytuacją dla wielu z różnych względów wygodną, specjalnie dla prawicy). Również samo ugrupowanie, uznawane dość powszechnie - choć warto pomyśleć, czy tak do końca słusznie - za lewicę (czyli SLD), nie za bardzo umie się zdefiniować. Bo to, że prawica - w szczególności ta parszywiutka, endecka, ONR-owska i trądzikowa - używa słowa “lewica” wyłącznie jako epitetu, bez najmniejszego zrozumienia jego sensu, to już norma; ale to nie ma większego znaczenia. Pokazane po lewej stronie symbole też - powiedzmy sobie szczerze - zbyt wiele wspólnego z lewicowością nie mają, choć powszechnie są z nią kojarzone.

Z grubsza biorąc - sprawa polega na tym, że scena polityczna nie jest bynajmniej w sensie geometrycznym jednowymiarowa. Nie jest tak, że na lewo od prawicy jest akurat lewica, na prawo od lewicy - prawica, i kropka. Pod uwagę trzeba bowiem brać co najmniej dwa wymiary: ekonomiczny i obyczajowy; niektórzy zaś uwzględniają jeszcze trzeci, etyczny; ja go tu pominę, mieści on się bowiem dla mnie w sferze obyczaju

Spróbuję to wszystko wytłumaczyć tak, jak sam rzecz rozumiem. Przepraszam za ewentualne uproszczenia i namawiam do rozmowy na ten temat. Nie uzurpuję sobie prawa racji w tej kwestii, żeby było jasne. Przy okazji: oto rysunek, który ilustruje z grubsza opisywaną sytuację, plasując różne partie polityczne na płaszczyźnie:

Skupmy się zatem na moment na ekonomii (jako inteligent z krwi i kości i człowiek z rodowodem co najmniej od pięciu pokoleń wywodzący się “po mieczu” ze śląsko-pruskiej sfery urzędniczo-naukowej brzydzę się tą dziedziną; ale nie ma rady - ponoć “gospodarka głupcze!”, przeto od tego zacznijmy…). Prawicowość tutaj - to liberalizm; orzeka on w swej skrajnej formie, że im mniej państwa i w ogóle regulacji prawnych w gospodarce - tym lepiej; fetyszem jest wolny rynek, hasło “bogać się za wszelką cenę, na nic nie zważając”. Zupełnie na prawym brzegu mamy więc coś w rodzaju… anarchizmu (”żadnych regulacji”), zazwyczaj kojarzonego ze skrajną lewicą; czy to nie dziwne?

Lewica widzi ten problem inaczej. Skrajnie po lewej jest więc tutaj gospodarka państwowo-planowa, bez wolnego rynku, z całkowitą negacją większej własności indywidualnej, sterowana “pod potrzeby społeczne”; ten właśnie model przerabialiśmy w praktyce przez kilkadziesiąt lat i okazał się on po prostu niewydajny i niekonkurencyjny w skali światowej. Ale to wcale nie jest spojrzenie jedyne: mamy bowiem do dyspozycji nie tylko eksperyment radziecki, ale i duński czy szwedzki; a w pewnej mierze także… amerykański. Te rozwiązania zakładają po prostu pewien - mniejszy lub większy - solidaryzm społeczny, w którym bogatsi i zdolniejsi - co w gospodarce rynkowej w sporym zakresie się pokrywa - zobowiązani są do pomocy słabszym i mniej zdolnym. Lewica uważa po prostu, że ci słabsi i mniej zdolni mają też prawo do godziwego życia, nie wszyscy są bowiem winni swej złej sytuacji. Stąd np. różnicowanie podatków, z których finansowane są takie projekty wyrównujące szanse, jak choćby bezpłatna nauka (w skrajnym wypadku: na wszystkich poziomach, w najmniej skrajnym - na poziomie podstawowym), bezpłatna (w całości lub części) służba zdrowia i tak dalej. Lewicowe podejście wyklucza też - lub mocno ogranicza - tworzenie tzw. kapitałów rodzinnych, przeciwdziałając tworzeniu fortun wyłącznie w drodze dziedziczenia; nie wiem, czy wiecie, że w wielu wysoce rozwiniętych krajach o systemie rynkowym podatek spadkowy - od pewnej sumy, oczywiście - przekracza 99%, co w Polsce z pewnością uznano by za zwykły bolszewizm…

Podsumowując: lewicowość w sferze gospodarczej oznacza niwelowanie nierówności i wspieranie słabszych; ale niwelowanie to ma mnóstwo niuansów i subtelności. W istocie rzeczy chodzi w tym wszyskim po prostu o wyrównywanie wszystkim szans. Szans, powtarzam - co nie ma nic wspólnego z bajdurzeniem o “jednakowych żołądkach”. Mieści się tu zatem dość szeroki diapazon rozwiązań: od etatystycznego państwa real-socu do postindustrialnego wolnorynkowego welfare state z silnym akcentem obywatelsko-samorządowym.

W sferze obyczajowej lewicowość - w moim rozumieniu, zastrzegam raz jeszcze - oznacza przede wszystkim absolutną świeckość państwa (skrajnie: m. in. odrzucenie wszelkich wierzeń z zakazem publicznego uprawiania jakichkolwiek kultów i zakazem wypowiedzi w sprawach publicznych dla osób duchownych, usunięcie religii ze szkół, zakaz uczestnictwa przedstawicieli życia publicznego w ceremoniach religijnych inaczej niż prywatnie; mniej skrajnie - po prostu zupełne i wyraźne oddzielenie tej sfery od życia publicznego i państwowego z odesłaniem tego wszystkiego do życia czysto prywatnego), przy jednoczesnym skupieniu się na prawach jednostki. Oznacza to drugie, że odrzucamy mechaniczne prawo większości do stanowienia większości regulacji w sferze obyczaju. Oznacza to, że za źródło prawa nie może być uznany żaden dekalog ani inny zestaw jakichkolwiek wartości religijnych. Owszem, w demokracji większość ustanawia prawa - ale nie może ustanowić takiego, które godziłoby w uprawnienia jakiejkolwiek, choćby jednoosobowej mniejszości. Żaden parlament nie powinien mieć więc prawa orzec np., że w szkołach mają wisieć symbole religijne - bo nie wszyscy tę samą religię wyznają i są tacy, którzy nie wyznają żadnej. Żaden parlament nie może więc narzucić obywatelom upodobań seksualnych, mówiąc np., że we tym kraju obowiązuje hetero. Żaden parlament nie ma prawa mówić, że życie zaczyna się w momencie poczęcia, lub - przeciwnie - powiedzmy w 14 dniu istnienia zygoty. Żaden parlament nie może orzec, że związki zawarte wedle takiego, a nie innego przepisu religijnego są lepsze od pozostałych. I tak dalej.

Lewicowość w całości wyklucza również nacjonalizm i szowinizm, w skrajnym stanowisku odrzucając w ogóle pojęcie narodu (o rasie jako źródle wartościowania już nie mówiąc, bo to oczywiste). Lewicowość odrzuca wszelką dyskryminację - z uwagi na cokolwiek: płeć, rasę, wyznanie, obyczaj seksualny, język i cokolwiek komu przyjdzie do głowy.

Bardzo z grubsza rzecz ujmując: jedynym zaś ograniczeniem w tej dziedzinie może być tylko fizyczna krzywda drugiego człowieka lub złamanie należnych mu praw jednostkowych. Poza tym - wszystko jest dozwolone.

Jak z tego - raz jeszcze zastrzegam, niezmiernie uproszczonego i z pewnością ułomnego - oglądu spraw wynika, nie sposób w istocie przylepić komukolwiek etykiety “lewica” lub “prawica”. SLD dla przykładu przy pewnej - niezbyt skrajnej zresztą - lewicowości obyczajowo-etycznej jest w sferze gospodarczej bliskie centrum; PSL jest gospodarczo lewicowe “klasowo”, dla swoich czyli chłopów - i prawicowe obyczajowo; PiS jest wyraźnie lewicowe gospodarczo (z pewnymi niuansami) przy dość skrajnej prawicowości w obyczaju; PO jest w sumie nieco na prawo od centrum gospodarczo i także nieco na prawo odeń w obyczaju - i tak dalej.

Warto jeszcze na dwa aspekty współczesnego pojmowania lewicowości zwrócić uwagę. Po pierwsze, poza zupełnie marginalnymi ugrupowaniami młodych anarchistów - nikt w zasadzie nie mówi już o żadnych rewolucjach. Wydaje się, że metody siłowe odeszły do lamusa, na szczęście; lewica akceptuje bezprzymiotnikową demokrację i poddaje się jej rygorom; wyszły z użycia różne wytrychy pojęciowe typu “demokracja socjalistyczna”. Używa lewica często bardzo ostrych sformułowań, ale działa wyłącznie w ramach istniejącego porządku prawnego; tak niedawno jeszcze zwanego przecież pogardliwie “burżuazyjnym”…

Po drugie, lewica przestała się uważać za reprezentanta i “awangardę” klasy robotniczej. Pewno dlatego, że owa klasa robotnicza w wyniku całkiem obiektywnych procesów cywilizacyjnych po prostu zanika i traci jakiekolwiek znaczenie polityczne; jest na nie po prostu za słaba. W dodatku okazała się w praktyce wcale nie taka “postępowa” czy “przodująca”, ale przeciwnie: zacofana, kołtuńska, nacjonalistyczna i religiancka. W każdym razie tu i ówdzie.

W tej sytuacji lewica pozycjonuje siebie jako wyraziciela dążeń i interesów “ludzi pracy”, które to pojęcie jest oczywiście wyraźnie szersze od pojęcia “klasy robotniczej”. I to podejście ma sens; a jeszcze większy sens będzie miało, gdy przepoczwarzająca się lewica zrozumie w pełni, że cywilizację rozwija nie cała zbiorowość pracujących, ale jej najbardziej wykształcona warstwa: inteligencja twórcza. Podkreślam ten przymiotnik: nie chodzi mi o urzędnika z licencjatem czy nawet magisterium, ale twórczego specjalistę IT czy takiegoż medyka, tworzącego naukę i sztukę intelektualistę, artystę wreszcie. To jest dzisiaj sól ziemi - i na rzecz tej warstwy musi działać lewica w pierwszej kolejności.

Zawsze jednak stając po stronie pracownika w jego sporze z pracodawcą. I zawsze broniąc słabszego przed silniejszym.

No i tak się rzeczy mają - jak sądzę. Zachęcam do rozmowy na ten temat; ośmielam się mieć nadzieję, że w rozmowie tej nie będziemy się wzajemnie obrażać. Na zakończenie zacytuję zaś pewnego - hmm… klasyka, powiedzmy; oto jeden z jego celniejszych bon-motów: dla bycia człowiekiem lewicy nie wystarczy mieć serce po lewej stronie; trzeba jeszcze mieć olej na górze, w głowie mianowicie.


Operacje

Informacja

11 odpowiedzi do “W sprawie lewicy”

27 05 2008
Ciąg dalszy stwarzania pozorów prawicy « Wychodźstwo (01:44:27) :

[...] W sprawie lewicy und prawicy « Internetowy Obserwator Ireny Dziedzic [...]

27 05 2008
milosti (08:43:57) :

Bardzo ciekawy tekst, chociaż z mojej parszywiutkiej prawicowej perspektywy lewica w Polsce i na całym kontynencie nie ma racji bytu.

Dzisiaj możemy stwierdzić, że robotnicy wywalczyli swoje prawa - mają związki zawodowe, przywileje socjalne, prawo do urlopu itd. - im lewicowe ugrupowania nie są już do niczego potrzebne. Co gorsza mogą w ich mniemaniu szkodzić interesom robotników, tak jak np. SLD i Miller liberalną polityką. Więc robotnicy odpadają.

Status prawny par homoseksualnych w Polsce jest nadal nieuregulowany, jednak tendencja europejska, poparta nakazem Komisji europejskiej zapewne wkrótce przyczyni się do zmiany ustawodastwa. Lobby gejowskie rośnie w siłę, ma duże przebicie w mediach i raczej też lewicy nie potrzebuje. To raczej ta wykorzystuje homoseksualistów do promocji samej siebie. Wniosek: na tym polu lewica nie ma nic do zwojowania.

Aborcja: prawo jest jakie jest, dla jednych zbyt surowe, dla innych zbyt łagodne, ale prawda jest taka, że jeśli kobieta chce, to sposób na to, żeby usunąć dziecko zawsze znajdzie. A lewica jest też tutaj nieskuteczna.

No i ostatnia grupa: wojujący ateiści. To są potencjalni wyborcy, którzy mogliby zagłosować na lewicę, bo najwyraźniej brakuje im kontaktu z rzeczywistością. Czytają “Nie”, “fakty i mity” i utwierdzają się w przekonaniu, że żyjemy w państwie wyznaniowym. Tu lewica może coś ugrać.

Podsumowując: jedyne pole do popisu to eliminacja religii ze sfery życia publicznego. Trochę mało, żeby istnienie ugrupowań lewicowych miało sens.

27 05 2008
PAK (09:14:49) :

1) Hm… mam pewne wątpliwości. To znaczy zgadzam się, ale wydaje mi się, że ta analiza jest zbyt ‘dokładna’, zamiast uchwycić główną myśl. W końcu kiedyś lewicy było bliżej do liberalizmu gospodarczego. Było to w czasach, gdy prawicy było bliżej do feudalizmu. Można by powiedzieć, że lewica wciąż poszukuje sposobów na poszerzenie możliwości (wolności, praw…) osób ‘dyskryminowanych’. Przy czym poczucie dyskryminacji ewoluuje. Prawica zaś raczej dba o zachowanie dawnego porządku, postrzegając przeszłość i tradycję jako wzorce bezwzględnych praw.

(Oczywiście u nas to bardziej złożone, bo to resztki po PRL są wyznacznikiem przeszłości i tradycji; i trwanie przy nich wyrazem konserwatyzmu… Dlatego prawicowa przeszłość i tradycja albo odwołują się do II RP, albo są z importu…)

2) PiS gospodarczo lewicowy? Nigdy nie potrafiłem kupić tej bajeczki PiSu. Owszem, PiS przeciwstawił się na okres kampanii wyborczej PO w sprawach gospodarczych. Owszem, potrafił udawać, że nie było w Polsce inflacji, by sprzedawać nie swoje mieszkania ‘po złotówce’. Były to jednak pojedyncze populistyczne akcje, a nie jakieś znamię lewicowego oblicza partii.

3) Ta przyszłość po stronie pracowników IT, artystów, itp. Nie wierzę w to. To znaczy wierzę, że gospodarka oparta na wiedzy to konieczność naszych czasów. Ale nie widzę tu wyzwolenia dyskryminowanych (przynajmniej nie wprost), a zamiast tego wiarę, że lewica jest motorem postępu. Tymczasem nie wiem co jest postępem, a co nie; chociaż w proroka mogę się bawić :)

27 05 2008
CHe Do Gara (11:48:07) :

1. zmieniam nicki bo system mnie wywala z komentarzy :)
2. tekst banalny(zero odkrywczych myśli) i przegadany. to samo można napisać w góra 6 zdaniach
===========

27 05 2008
Mikołaj (21:31:25) :

PAK, PiS jest partią zdecydowanie lewicową pod względem gospodarczym. Ba, gdyby nie oczywiste skojarzenie, to bardzo pasowałoby do tej partii określenie “narodowosocjalistyczna”.
To “socjalistyczne znamię” widać było choćby w nieufności do prywatyzacji, ale też w podejrzeniach wobec osób zamożnych (i nie mam tylko na myśli Kulczyka et consortes), w rozwiązaniach prawnych i w ogólnym lekceważeniu problemów z biurokracją. Ba, chęć centralizacji i etatyzm też nie są domeną partii prawicowych.

28 05 2008
PAK (07:44:47) :

Mikołaju:
Czy partie lewicowe obiecują ‘tanie państwo’ i obniżenie podatków, zwłaszcza dla najbogatszych? Nawet jeśli, to nie z tego powodu określa się je jako lewicowe.
Słysząc wypowiedzi przedstawicieli PiSu na temat gospodarki dochodziłem do wniosku, że to partia, która programu gospodarczego nie ma, a jedynie odwołuje się do haseł popularnych w różnych środowiskach dla zdobycia poparcia. (Swoją drogą, jest to wcale dobrym skojarzeniem z partiami narodowosocjalistycznymi, gdzie przydomek ’socjalistyczny’ nie oznaczał wizji, a jedynie chęć zdobycia szerokiego poparcia. Wystarczy zerknąć na stosunek Hitlera do gospodarki, jednocześnie kokietującego robotników wygrażaniem pod adresem pracodawców (ale głównie żydowskich, tak jak w przypadku PiSu była to głównie uwłaszczona nomenklatura); a jednocześnie kokietującego wielki przemysł.) Nie były to tylko hasła popularnie nazywane populistycznymi (niechęć dla prywatyzacji, krytyka liberalizmu PO), ale także liberalne odwołania do przedsiębiorców. Taki eklektyzm ekonomiczny, a nie spójny program.

28 05 2008
Bogdan Miś (12:19:24) :

Panie M: To weź pan i napisz te góra 6 zdań, nie ma przeszkód. Tylko proponuję uważać na ortografię.

28 05 2008
Mikołaj (15:17:20) :

Pytań sporo, zatem polećmy po kolei:

Czy partie lewicowe obiecują ‘tanie państwo’ i obniżenie podatków, zwłaszcza dla najbogatszych? Nawet jeśli, to nie z tego powodu określa się je jako lewicowe.

Tak zwane “tanie państwo” melanż słusznej chęci ograniczenia biurokracji z ewidentnym działaniem pod publiczkę. Ciężko coś takiego przypisać konkretnym poglądom politycznym.

Co do ograniczenia biurokracji nikt raczej złudzeń nie ma — urzędów u nas sporo, urzędników takoż, a wszystko to nie tylko kosztuje, ale i marnotrawi sporą część podatków. Likwidacja nadmiarów i usprawnienie funkcjonowania maszynerii to cechy partii prawicowych.

Graniem pod publiczkę jest z kolei udawanie, że wywalając 50% urzędników koszty biurokracji zmniejszą się o przynajmniej 50%. Takim samym graniem jest latanie samolotami rejsowymi, odwlekanie zakupu samolotów dyspozycyjnych dla 36. Pułku i szereg tym podobnych zagrywek. Tego typu idiotyzmy to cecha partii populistycznej, która za wszelką cenę chce się przypodobać ludziom, odwlekając w czasie rzeczy nieuniknione — jak choćby wspomniany zakup samolotów.

Biorąc pod uwagę powyższe, to hasło “tanie państwo” może być albo bardzo cenną i potrzebną inicjatywą, albo zbiorem bezużytecznych działań propagandowych.

Słysząc wypowiedzi przedstawicieli PiSu na temat gospodarki dochodziłem do wniosku, że to partia, która programu gospodarczego nie ma, a jedynie odwołuje się do haseł popularnych w różnych środowiskach dla zdobycia poparcia.

Wypowiedzi przedstawicieli PiS to bełkot, więc starałem się ich nie słuchać w trosce o własne zdrowie psychiczne. Tym niemniej dawało się zauważyć ich czyny, a tutaj było już znacznie gorzej. Rozdawnictwo publicznych pieniędzy, brak rozwiązań korzystnych dla osób prowadzących firmy, niekorzystny klimat wokół biznesu etc. to wszystko są cechy rodem z PRL. Podobnie przypominały PRL pomysły cenzorskie, że przypomnę choćby chęć zwalczania pornografii czy zamiar powołania jakiegoś instytutu, który miałby cenzurować, pardon, zatwierdzać treści na stronach http://WWW.
Liberalnych odwołań do przedsiębiorców, jako jeden z przedstawicieli takowych, nie zauważyłem. Pieprzenie trzy po trzy o jednym okienku pomijam, bo przy burdelu papierologicznym związanym z prowadzeniem firmy jej rejestracja jest jednym z najłatwiejszych i najbardziej przyjemnych etapów w jej prowadzeniu.

Swoją drogą, jest to wcale dobrym skojarzeniem z partiami narodowosocjalistycznymi, gdzie przydomek ’socjalistyczny’ nie oznaczał wizji, a jedynie chęć zdobycia szerokiego poparcia. Wystarczy zerknąć na stosunek Hitlera do gospodarki, jednocześnie kokietującego robotników wygrażaniem pod adresem pracodawców (ale głównie żydowskich, tak jak w przypadku PiSu była to głównie uwłaszczona nomenklatura); a jednocześnie kokietującego wielki przemysł.

Oj, w przypadku NSDAP literka S odpowiadała za socjal i od NSDAP do WKP(b) wcale nie było jej tak daleko. Sam Hitler był zależny od wielkiego przemysłu, jak też miał wobec niego spory dług wdzięczności. Przeciętni właściciele prywatnych interesów mieli w III Rzeszy ciężkie życie, czego dowodem były m.in. liczne dowcipy polityczne. Po więcej odsyłam do “Historii społecznej Trzeciej Rzeszy” Richarda Grunbergera — doskonałej lektury na temat państwa Hitlera.

28 05 2008
Gnębon Puczymorda (22:18:57) :

Malo kto pewnie czytal program polityczny ONR z lat 30-tych, a tam np.

“Naród Polski winien być właścicielem bogactw naturalnych kraju i jedynym ich gospodarzem. ”

“Państwo powinno dążyć do wytworzenia największej ilości drobnych i średnich gospodarstw przez parcelację wielkich. obszarów rolnych (latyfundiów). ”

“Ciągłe zmniejszanie majątku narodowego przez kapitał międzynarodowy winno być przerwane przez wywłaszczenie: i unarodowienie zakładów użyteczności publicznej, oraz wielkich przedsiębiorstw górniczych, hutniczych i elektrowni, opartych na kapitale obcym.”

No i nic dziwnego, ze ONR-owcy zapisywali sie i dobrze czuli sie w PZPR.

29 05 2008
Apps (09:57:23) :

W ostatnich latach wojny i tuż po wojnie we wszystkich obozach politycznych, w Polsce i w Londynie, wszyscy byli np. za reformą rolną jako drogą do zbudowania sprawiedliwego państwa. I co z tego, że ONR miał taki pogląd? Pewnie też uważali, że Ziemia jest okrągła, i nie powinno dziwić, że wielu współdziałało po wojnie z PAN-em.

29 05 2008
Gnębon Puczymorda (14:58:45) :

Apps, prosze czytac ze zrozumieniem, ONR byl za tymi rzeczami przed wojna a nie po wojnie.

Dodaj komentarz

Możesz wykorzystać te tagi : <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>