Straszliwy koniec nagrody Fikusa?
Otrzymałem przed chwilą wiadomość przerażającą, jeszcze jej nie sprawdziłem: b. żona Darka Fikusa, słynna polska biochemiczka, prof. Magda Fikusowa, odeszła z jury nagrody “Rzeczpospolitej” imienia jej męża. Reszta członków jury “otrzymała podziękowania” za współpracę. Bo nie spodobała się im obecna lista kandydatów do nagrody… Ta lista, to splunięcie na grób Darka!
Dariusz Fikus (na zdjęciu obok) był jednym z dziennikarzy o ogromnym dorobku i maksymalnej dbałości o uczciwość – czy to w redakcji “Polityki”, w PRL, czy to w “Rzeczpospolitej”, III RP. Znałem człowieka doskonale kilkadziesiąt lat – aż do śmierci. Powiem tyle: był świetny. Czytaj dalej…
To już dwa lata z hakiem, jak mam w kablu to niezwykłe g…, jakim jest kanał TVN Gra. Założenia nawet były – na samym początku – ciekawe (w każdym razie dla mnie: nie da się ukryć, że lubię teleturnieje, choć zupełnie nie takie, jakimi są dzisiaj…). Zamiast jednak – jak się spodziewałem – stosującego nośną formę kanału upowszechniania wiedzy, pojawił się kanał do wyciągania idiotom z kieszeni pieniędzy za pomocą zadawania kretyńskich pytań typu po stawie pływa, kaczka się nazywa; co to jest? albo jak miał na imię Adam Mickiewicz: a) Adam, b) Bolesław, c) Cezary?. Pytania te zadawały z reguły ubrane w kuse plastikowe majtki panienki o aparycji córki bufetowej z dworca PKS w jakiejś Kaczej Dupie, z takąż dykcją i wdziękiem, wachlujące się seksownie plikami banknotów. No i trzeba było aż 28 miesięcy, żeby to zakończyło swój żałosny żywot…
Niemiecki minister spraw wewnętrznych Wolfgang Schaeuble zaapelował w środę do “wszystkich europejskich dzienników”, by w imię wolności prasy opublikowały karykatury proroka Mahometa, mimo że nie są one godne pochwalenia. Przypomnę, że po publikacji karykatur Mahometa w duńskiej prasie w krajach islamskich wybuchły zamieszki.
Przyznam, że z ogromną ciekawością czekałem na nowy program Tomasza Lisa – raz jeszcze bowiem powtórzę to, co już kiedyś pisałem: uważam go za polskiego dziennikarza Number One. Są w zawodzie ludzie, którzy piszą równie dobrze – albo i lepiej – jak on; są porównywalnie swobodni w telewizji i radiu, porównywalnie dobrze władający polszczyzną, mający porównywalne zaplecze intelektualne i może nawet równie dobre warunki fizyczne; rzecz w tym, że on te przymioty ma w jednej osobie. Dlatego właśnie nazwałem go kiedyś “dziennikarzem totalnym”, co niniejszym podtrzymuję.
Jak stali bywalcy tego blogu doskonale wiedzą, do moich najbliższych przyjaciół należy Maciej Zembaty - poeta, rockman, piosenkarz, słowem artysta. Niewiarygodnie ciekawy człowiek – tyle wam powiem. No i ostatnio Maciek pracuje razem ze swoim zespołem STGS-2 (kto nie wie – wyjaśniam skrót: S… Ty Głupia Świnio) nad płytą “Najstarszy zawód świata”. Przy okazji wpadł na genialny pomysł, jak wykończyć dyktaturę na Białorusi: wystarczy, by nasze konsulaty na podstawie ustnego oświadczenia kogokolwiek o posiadaniu polskich korzeni zaczęły wydawać polskie paszporty: po dwóch tygodniach ostatnim w kolejce byłby niewątpliwie Łukaszenko… Ale nie o to tym razem chodzi. Oto absolutna rewelacja…
Dwaj panowie (nie chcę używać określenia na ich poziom umysłowy, bo nie mam zamiaru stawać przed sądem za zniewagę) z PiS-u zrobili sobie cyrk na temat stu dni PO. Tym razem –
Pewna liczba tzw. prominentnych osób (w tym wysoce przeze mnie nielubiany p. Karski i bardzo kontrowersyjna – delikatnie mówiąc – madame Pitera) podpisała apel do władz Polski o bojkot igrzysk olimpijskich w Chinach; bo Chińczycy – imaginujcie sobie – naruszają prawa człowieka. M. in. tym, że – jak powiedział z ponurą pasją w TVN24 niejaki p. Romaszewski - wyburzyli gdzieś tam 15 000 mieszkań i nie wiadomo, co się stało z ich lokatorami. Całą sprawę podchwyciły wszystkie chyba media; w duchu – generalnie rzecz biorąc – co to będzie, co to będzie?
Niejaka Sylwia Walendowska, reporterka TVN24 z Wrocławia bodajże, która już kilka razy mi ciężko podpadła, zrobiła dziś pełne jaja w postaci “wywiadu politycznego”… z wróżką, która korzystała z tarota; już za samo to powinna zostać wybatożona na gołą pupę, bo pomysł był iście kretyński. No, ale może nie ona sama winna – jakaś idyjota ten materiał zatwierdzała na antenę, może nawet zamawiała. Pani Sylwia się jednak do tego nie ograniczyła: dwukrotnie (a więc: nie przez przejęzyczenie!) w ciągu dwuminutowego materiału użyła zwrtotu “ta amerykańska satelita”. Horror!
Cholery można dostać: media zgłupiały kompletnie w związku z chorym na mukowiscydozę dzieckiem pewnej Białorusinki, które ma pozostać – albo nie – w Polsce. Na gwałt szukano tatusia; ucieszono się, gdy okazał się Polakiem i – jakże szlachetnie! – zadeklarował chęć poddania się badaniom DNA. Górą nasi, okazało się: nie oddamy ani guzika, zwłaszcza zaś nie oddamy małego Jasia na pożarcie białoruskim komuchom, którzy – jak ogólnie wiadomo – wpieprzają takie dzieciaki na surowo i zamykają w dziecięcych psychiatrykach. Wszystko to razem jest historia tyleż rzewna, co – jakby to oględnie powiedzieć – dość średnio odpowiadająca rzeczywistości.
Od końca: schrzanił się amerykański satelita szpiegowski i może gdzieś tam zlecieć. W Polsce – panika, wojsko postawione w stan podwyższonej gotowości; wszystkie stacje telewizyjne informują o tym (dość, niestety, w sumie bałamutnie…) na czołówkach. Tymczasem… prawdopodobieństwo, że to gówno zleci na łeb akurat nam jest mniejsze, niż szansa na zginięcie w ciągu najbliższego roku od pioruna; warto przy tym pamiętać, że co roku zlatuje na naszą zidiociałą planetę ok. 300 kg różnych kosmicznych paskudztw – bez widocznych skutków. W sumie – owszem, wydarzenie ciekawe, acz kompletnie duperelne (tony informacji na ten temat znalazłem w 15 minut). Rzecz jasna – nie dla zbaraniałych mediów. Nawiasem mówiąc ten stan podwyższenia gotowości, to też niezły zajob.
Sąd wojskowy orzekł dziś, że polscy żołnierze, oskarżeni o ludobójstwo w Afganistanie, będą nadal siedzieć w więzieniu. Uczciwie powiem, że tej decyzji nie akceptuję. Nie ulega kwestii, że żołnierze ci wykonywali rozkaz; a rozkaz – w warunkach wojennych – jak to się mówi, nie gazeta, do czytania nie służy. Gdyby tego rozkazu nie wykonali, dowódca – w końcu, powtarzam, to warunki wojenne – miałby prawo rozstrzelać ich na miejscu. W tym kontekście niewiarygodnie dla wojska obraźliwa wypowiedż pana b. ministra obrony (który nazwał żołnierzy głupimi gówniarzami) kwalifikuje się wyłącznie – mimo przeprosin – do skucia mu przy pierwszej okazji mordy.
Na pierwszej stronie “


Komentarze