Fenomen “Gazety Wyborczej”
Oto fenomen, który – przyznam szczerze – jest dla mnie nieco trudny do zrozumienia. Być może zresztą inaczej: może ów fenomen i pojmuję, ale boję się dopuścić to rozumienie do siebie, tak obrzydliwym wydaje mi się ono opisem moich niektórych sąsiadów bliższych i dalszych z tego dziwnego kraju między Wisłą i Odrą; celowo nie używam słowa “rodaków”, zawiera ono bowiem w sobie jakąś plemienność, którą odrzucam. Ów fenomen – to społeczny odbiór “Gazety Wyborczej”, mającej zdumiewająco wielki elektorat negatywny nawet wśród ludzi z niewątpliwym zgoła cenzusem inteligenta.
Cóż więc może powodować tę – graniczącą niekiedy z nienawiścią – niechęć do “Wyborczej”?
W kręgach dziennikarskich – jak sądzę – w dużej mierze zwykła zawiść. Zawodowiec gołym okiem dostrzeże, że pismo jest robione świetnie. Jest znakomicie zorganizowane (layout, układ treści, itp). Ma ogromną też poczytność; inne gazety (pomijając tabloidy, ale nie po to wymyślono to słowo, by oznaczać nim coś, co na termin gazeta nie zasługuje) zostają o parę długości w tyle, więc pierwszoplanowy publicysta z takiego innego pisma ma na ogół popularność debiutującego dziennikarza z “Wyborczej”. W środowisku neutralnym ideologicznie (a ono w rozważanym wypadku jest decydujące) uważa się napisanie tekstu do “GW” (podobnie jak do niemal równie w pewnych kręgach znienawidzonej “Polityki”) za rodzaj nobilitacji dziennikarskiej. Dziennikarze gazety są często zapraszani do różnych telewizji, praca tam daje więc – przynajmniej niektórym – popularność nie tylko nazwiska, ale i twarzy. Do tego dochodzi opinia (zdaje się, że średnio zresztą zasadna) o świetnych zarobkach i dobrym socjalu dla personelu; wszystko razem musi frustrować prasowych rycerzy (słowo użyte z uwagi na ich zakute łby oraz aluzję do pewnego właściciela jednego z tygodników) z zadyszanych pogonią środowisk konkurencji…
Ale to, rzecz jasna, nie wszystko. “Gazeta” jest pismem otwartym obyczajowo i ideowo. Jest nie do pomyślenia, by na jej łamach ukazał się artykuł (redakcyjny; bo niezgodne z linią pisma teksty ludzi spoza zespołu drukuje sie tam bardzo często na zasadzie polemiki) napastliwy na przykład w stosunku do homoseksualistów, czy wcierający w podłogę brudnym buciorem feministki (żarty się jednak zdarzają, bo dla “GW” świętości nie ma…). Mimo kącika religijnego “Gazeta” jest pismem wyraźnie laickim. Do tego redakcja nie uważa lewicy en masse za ścierwa i bywa, że się z różnymi komuchami zgadza. Jest w szczególności antylustracyjna i antykaczyńska.
Jednym słowem – postendeckie rzygotliwe paskudztwo wszelkiej maści, którego się ostatnio zresztą namnożyło ponad miarę ze względów, jak mniemam, koniunkturalnych, musi tej gazety nienawidzić.
I tu jest chyba -niestety – pies pogrzebany. Te tonkije namioki ze zmianą tytułu na Koszerna… Te uwagi o polskojęzyczności… Ta radość z każdej – nawet najzupełniej idiotycznej – wpadki, która przecież każdemu zespołowi może się przydarzyć…
Za nienawiścią do “Gazety” stoi zatem – niezupełnie wprost, bo otwartym kodem się do tego przyznawać, to jednak obciach – zwykły parszywy i wredny antysemityzm pospolitych bydlaków. Podobnie, jak za usiłowaniem wdeptania w ziemię Michnika. U przeciętnego chamskiego tłumoka mamy więc do czynienia z pojmowaniem sukcesu “Gazety” w kategoriach “znów się tym Żydom udało nas Polaków i katolików wyrolować“, no bo jak przyznać, że “oni” są po prostu lepsi, inteligentniejsi i sprawniejsi zawodowo?
Przy okazji: choć jestem czytelnikiem “Gazety” od pierwszego numeru – wcale nie jest tak, że się z nią w każdej sprawie zgadzam; nigdy też na jej łamach nie opublikowałem jednego choćby słowa. Wręcz przeciwnie; w wielu kwestiach różnię się z jej dziennikarzami bardzo; i może któregoś dnia o tym napiszę. Ale ta odrębność zdań nigdy nie była zaprawiona nienawiścią ani złością; ja nie czułem się przez “Gazetę” nigdy obrażony w swoich poglądach i jestem pewien, że moja odrębna opinia w jakiejś kwestii nie obraziłaby nikogo z “Gazety”(inna sprawa, czy w ogóle moje poglądy kogoś z nich by zainteresowały, ale zostawmy ten temat…).
księgarnia






Proponuje, by ktos pewnego dnia sprobowal przylozyc standardy Wyborczej do Dziennika albo Rzepy. Warto byloby poruszyc takie kwestie, jak:
- Przedstawianie informacji w sposob umozliwiajacy ich weryfikacje
- Ilosc wpadek/strone tekstu (bo wiadomo, ze w wydaniu majacym 30 stron bedzie ich prawdopodobnie mniej niz w takiej, ktora wraz z dodatkami ma kilka setek)
- Czestosc wystepowania tekstow przedstawiajacych kogos w uwlaczajacy sposob ze wzgledu na jego plec, pochodzenie i przekonania
- Warunki pracy, z uwzglednieniem presji wywieranej na piszacych i redagujacych
Z wyborcza sie czesto nie zgadzam, niektorzy jej dziennikarze pisza w sposob tak zmanierowany i nadety, ze oczy bola, niektorym tematom, ktore IMO w laickiej gazecie powinny stale sie pojawiac, trudno sie tam przebic. Ale na to i wiele innych rzeczy duzo czesciej jestem narazona, kiedy czytam konkurencje. Mam wrazenie, ze cos, co w GW uznane by zostalo za karygodne zaniedbanie, za latwo wybacza sie innym.
maddama
9-12-2007 at 20:43
“Fenomen – he, he, he – zostal opisany detalicznie w Michnikowszczyzna – … – Michnikowszczyzna. Zapis choroby.”
“Michnikowszczyzna …” – jest dobrym opisem choroby. Tylko… nie tej strony. To dobry zapis choroby wlasnej.
Nie wiem jaka jest tajemnica jej sukcesu. Pewnie, mimo staran i pracy, przypadek w stopniu nieokreslonym. Wiem, ze za PROFILEM (mimo?) wyborczej stoi jakosc. A co stoi za niezaleznymi (w obydwu znaczeniach: prawicowym i bezrobotnym) polskimi mlodymi komentatorami w srednim wieku z dostepem do budzetowych pieniedzy? Poza mondrzeniem sie na temat przeczytanych libertarianskich klasykow (w lepszym wydaniu, drukowanym bo w wydaniu telewizyjnym i to nie)?
ffatman
5-01-2008 at 5:03
@Krzysiek: “Za co więc bywa Wyborcza nielubiana? Na przykład za linię – antylustracyjną, grubokreskową, homofiliczną.”
No wiec, skoro od no wiec nie wolno, zacznijmy, ze to profil. Tylko, ze nie tylko profil decyduje ale i jakosc. Nalezy sie tez p.s.:
antylustracyjna – w sumie prawda, jak sie to komu nie podoba, niech dyskutuje ze stanowiskiem,
grubokreskowa – w sumie belkot (czy nie czas przerwac “grubokreskowy” belkot zapoczatkowany donosem prasowym niejakiego Jaroslawa Kaczynskiego, paranoicznego kastrata politycznego, ktory konczy swoj byt polityczny wlasnie w nieslawie, wkurwionego na “nie bede premierem malowanym” “Zelaznego Tadeusza” – zywie opinie, ze jedynym zelaznym, tj. z jajami, premierem ostatniego 20lecia tylko On byl – Mazowieckiego,
homofiliczną – a kogo to, q…, normalnego ob-Cho-DZI???!!!
P.s.: Krotka historia kaczyzmu: Od “Wojny na gorze” do rozwolnienia.
ffatman
5-01-2008 at 7:19
Kruca, ze 50 PLN starych pamietam (wkrotce 80)… i 1sza stone pamietam … 8 maja? No, pisze, czyli, ze zle pamietam, ze kwiecien. Pierwszy numer zgubilem. Kupilem w Szczecinie. Mnie nie ale juz wtedy jeden maniak z roku kumplowi porwal “zydowskiego szmatlawca”.
Dobra.
Bedzie tego, bo zachwile sie tak zestarzeje, ze wroca lata 90te.
ffatman
5-01-2008 at 7:26